
Małe, czarnobrązowe, naprawdę niewyględne czekoladowe brzydactwa - bo na sto upieczonych, może dwa lub trzy są ładne. Od kilku lat stanowią najukochańszy smakołyk większości znanych mi dzieci, wielu wielu wieeelu gości, a przepis na nie jest tym, który rozdawałam najczęściej. To właśnie od tych wspaniałych ciasteczek pochodzi nazwa mojego bloga - ChilliBite.
Chillibites są intensywnie czekoladowe, wilgotne w środku, z niewielką warstwą chrupiącej skorupki na wierzchu - taką jak na brownie. I jeśli tylko swoim gościom nie powiesz, że w środku jest również chilli, naprawdę wielką przyjemność sprawi ci obserwowanie ich reakcji przy degustacji chillibites. Najpierw poczują intensywnie czekoladowy zapach, smak czekolady pierwszy dotrze również do podniebienia, a opuszki palców wyczują jak są miękkie i delikatne, sekundę później język odkryje wilgotne wnętrze ciasteczek. W chwili, gdy twój gość będzie przełykać pierwsze kęsy, jego oczy powinny się nieco zaokrąglić, a pełne czekolady usta ułożyć w niemy znak zapytania - co...tttooo..??? To będzie ta chwila, gdy kubki smakowe podrażni potężna porcja chilli. I znów usta wypełni całe mnóstwo czekolady, a lekko piekąca chilli rozbudzi apetyt na kolejne ciasteczko - trzecie, bo drugie twój gość w międzyczasie wziął już z patery :)
Chillibites piekę w silikonowych foremkach do mini muffinek. Zawsze są trochę krzywe - jedne mniejsze, inne nieco wyższe, czasem mają dziurkę od spodu, albo bardziej urosną z jednej strony. Jeśli chcę uzyskać nieco bardziej uporządkowany efekt wizualny, posypuję je płatkami migdałowymi, wtedy nie są już takimi brzydactwami :) Ale najpyszniejsze są - chociaż wtedy nieco mniej ostre - gdy do każdej foremki włożę świeżą lub mrożoną wiśnię bez pestki. Wtedy wprawdzie chrupiąca skorupka na wierzchu może być nieco mniejsza, ale mariaż czekolady, chilli i wiśni jest p.r.z.e.w.s.p.a.n.i.a.ł.y ! Och albo z maliną! z maliną też są cudowne. Jeśli chcesz, żeby chillibite z owocem dało odpowiedniego "kopa', dosyp nieco więcej chilli niż w przepisie. Ja zawsze próbuję surowe ciasto przed upieczeniem - chilli powinno być wyczuwalne, ale nie piekące.
200g masła
200g dobrej jakości czekolady deserowej
200g cukru
25g ciemnego kakao
5 jajek
25g mąki pszennej
2-3 łyżeczki piment d’Espelette lub dobrego chilli – dodaj wg własnego smaku, jeśli lubisz bardziej ostre - ja dodaję więcej!
opcjonalnie - płatki migdałowe, świeże lub mrożone wiśnie lub maliny
z podanych proporcji wychodzi ok 72 szt chillibites
Rozgrzej piekarnik do 200°C. Rozpuść masło z czekoladą w małym garnuszku lub w mikrofali - ja to zawsze robię w mikrofali - 3 x po 30s mieszając między kolejnymi etapami. Przełóż czekoladę do miski, dodaj cukier, kakao i wymieszaj. Gdy masa nieco ostygnie, wbijaj pojedynczo jajka, mieszając dokładnie przed dodaniem kolejnego. Wsyp mąkę oraz chilli i wymieszaj ponownie.
Wlewaj czekoladową masę do foremek, najlepiej takich silikonowych do mini muffinek, wypełniając foremkę tylko do 1/3 wysokości – ciasteczka powinny pozostać dość niskie. Ja do wlewania używam dzbanka, masa jest bardzo płynna, a przy użyciu łyżki wazowej za dużo jej się rozlewa. Teraz możesz ciasteczka posypać płatkami migdałowymi lub do każdej foremki wrzucić wiśnię, czy malinę - najlepiej by ciasto zakryło owoc, ale chillibites i tak nieco urosną, więc nie trzeba tu wielkiej precyzji. Wstaw formy do gorącego piekarnika na ok. 10-12 minut. Wierzch ciasteczek powinien być już suchy, ale wnętrze pozostać wilgotne i miękkie. Lepiej ich nie dopiec, niż przesuszyć. Po upieczeniu pierwszej partii już będziesz wiedzieć ile dokładnie czasu należy je piec. Wyjmuj delikatnie z foremek - ja pomagam sobie łyżeczką - i odstaw na kratce do przestygnięcia. Można je przechowywać w zamkniętym szklanym lub plastikowym pojemniku, a nawet mrozić, jak sugeruje Clotilde. Z zamrażarki wyjmij dzień przed podaniem, rozmrażane jednak nie będą już miały chrupiącej skorupki.
Najbardziej lubię je piec jesienią - w dżdżyste, trochę szare dni - jakoś magicznie dodają im koloru - może przez zapach czekolady, który rozchodzi się po całym domu? a może dzięki pierwszym kęsom jeszcze ciepłych ciasteczek, które oczywiście podjadam zaraz po upieczeniu? Przeganiają szare chmury w trymiga :)
HAPPYMORE od kuchni powstaje dzięki współpracy z ChilliBite.pl